wtorek, 30 listopada 2010

Jojo - odwieczy wróg

Jeszcze pół roku temu głośno chwaliłam się kolejnymi gubionymi przeze mnie kg. Niestety znów powtarza się dobrze znana mi historia...najpierw wielki zryw, spadek wagi, obiecanki, że nigdy więcej, że tym razem to już na zawsze, a potem stopniowy powrót do "normalnego" jedzenia i...po kilku miesiącach ...JOJO. Od powrotu do pracy nie przytyłam wiele, jednak na tyle dużo by znów się z tym źle czuć. Zastanawiam się, jak podejść do kwestii jedzenia, aby raz na zawsze zmienić sposób myślenia o tym! Z opowieści rodziców wiem, że zawsze byłam pulchnym dzieckiem, odkąd też pamiętam walczę z wagą. Gdzieś tam w środku mnie siedzi paniczny lęk przed tym, że Hania będzie otyłym dzieckiem. Dobrze wiem, że dużo zależy od sposobu odżywiania dziecka i dlatego staram się, aby wszystkie babcie i ciocie nie karmiły mojego dziecka czekoladą, batonikami itp. Nie oznacza to, że Hanka nie dostaje słodyczy - dostaje, ale staram się to kontrolować. Zamiast kolejnej kostki czekolady wolę, żeby zjadła owoc lub ewentualnie chrupka kukurydzianego... Mam nadzieję, że wda się w Łukasza i nie będzie miała w przyszłości problemów z wagą... póki co jest całkiem zgrabną pannicą :)
A ja...wciąż zastanawiam się od czego zacząć...Dziś doszłam do wniosku, że moim błędem jest to, iż w pracy jem jak wróbelek, a za to po powrocie do domu (gdy jestem okropnie głodna) nadrabiam z nawiązką. Spróbuję jeść więcej w pracy, a popołudniu zakończyć jedzenie na obiedzie (w moim domu obiad jemy ok 16.00). Chciałabym też przeprosić się z kijkami i zacząć znów regularnie chodzić. Myślałam o bardzo popularnej ostatnio diecie Dukana, jednak moja przyjaciółka sprowadziła mnie do parteru. Skoro myślę o ciąży to do odchudzania muszę podejść z głową :/ Przerąbane...

Ps. Nowy termin biopsji mam wyznaczony na 18 grudnia na 10.30. Ok godziny 9.00 mam stawić się na izbie przyjęć, coby zdążyli przyjąć mnie na oddział. Zostałam również poinformowana o konieczności wykonania badania krwi (ogólna morfologia, krzepliwość, HBS i HCV) , na które onkolog oczywiście NIE wypisał mi skirowania - koszt 60,00zł. Chyba spróbuję jednak zdobyć skierowanie na badania od mojego gina, do którego idę na kontrolę po usunięciu nadżerki.
Byle do świąt...

5 komentarzy:

  1. A czy gin nie radził ci najpierw zajśc w ciążę a potem usuwać nadżerkę?
    Mi tak poradziła moja i podobno tak się robi.
    Teraz idę na wypalanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miałam 22 lata ważyłam 48 i waga stała w miejscu, przytyć nie mogłam a teraz... teraz na diecie, ;] Jak chcesz zajść w ciąże to raczej dieta delikatna, a nie radykalna:) Kciuki trzymam,:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Megi gin dał mi wybór, jednak u mnie nadżerka narastała bardzo szybko i dawała bardzo nieprzyjemne objawy. Ciągły stan zapalny, wieczne upławy i swędzenie - właściwie żadne leki nie pomagały. Gdy tylko usunięto mi nadżerkę to wszystkie objawy nagle ustały. Od miesiąca mam spokój. Teraz mam odczekać jeszcze z 2 miesiące i zaczynamy starania, mam nadzieję, że skuteczne :)
    Diaano - jeśli chodzi o dietę to wciąż nie potrafię się zmotywować! Ja to chyba, jak alkoholik, muszę osiągnąć wagowe dno, żeby się odbić :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. jojo jest straszne :( człowiek się katuje a potem waga rośnie ech...

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak ja zazdroszczę Olu mojemu mężowi - wciąga tak, że aż mu się uszy trzęsą, a od ślubu nie przybrał ani grama. Za to ja...

    OdpowiedzUsuń