Michaś śpi, Hania z tatą na spacerze, obiad się gotuje, więc mam chwilkę aby w końcu Wam coś napisać. Obiecałam relację z "porodówki",... Jeśli któraś z Was spodziewa się scen rodem z filmów Hitchcocka to się rozczaruje :)
Wszystko zaczęło się 26 września o 8.00 rano. Jadłam sobie z mamą śniadanko i zastanawiałam się czy nie wybrać się na zakupy do miasta. Nic nie zapowiadało, że jeszcze tego samego dnia będę tulić w ramionach moje Szczęście. W drodze do miasta ok godziny 8.50 poczułam pierwszy skurcz, ale do końca sama nie byłam przekonana czy to synuś się rozpycha, czy to skurcze. W trakcie zakupów poczułam kilkanaście słabych skurczy, w różnych odstępach czasu... Byłam przekonana, że to skurcze przepowiadające, tym bardziej, że pamiętałam jakie bolesne były te z Hanią. Ok godziny 10.30 przyjechałam do domku, w tym czasie moja mama wybrała się na pogrzeb sąsiadki (nic jej nie powiedziałam o skurczach, bo to straszna panikara). Skurcze nasiliły się troszkę, ale były całkiem znośne. Profilaktycznie wzięłam 2 no-spy, aby sprawdzić czy ustaną. Ok 12.00 z pracy wrócił mój mąż. Nie uwierzył mi, gdy mu powiedziałam, że coś się dzieje.Myślał, że blefuję :) Wzięłam ciepły prysznic i czekałam, aż skurcze ustaną. Pod prysznicem miałam wrażenie, że są co minutę, ale po wyjściu jakby straciły na intensywności. Profilaktycznie zadzwoniłam do mojego gina, który stwierdził, ze najlepiej będzie jak przyjadę do niego na oddział zrobić ktg. Gdy moja mama ok godziny 13.00 wróciła z pogrzebu, ja już z torbą stałam przy drzwiach wyjściowych. Wychodząc z domu zapewniałam ją, że niedługo wrócę, bo to na pewno skurcze przepowiadające. W drodze do szpitala skurcze miałam co 5 min, wtedy też ustaliliśmy, że nasz synek będzie miał jednak na imię Michał :) Zgłosiłam się na położniczą izbę przyjęć, gdzie położne widząc, kto prowadził moją ciążę, bez badania mnie od razu kazały przebrać się w koszulę i pożegnać męża. Była to godzina 14.00. W międzyczasie przeprowadzono ze mną wywiad położniczy, pobrano krew do badania i podłączono pod ktg. Gdy położna spojrzała na zapis ktg, stwierdziła, że te skurcze są takie "byle jakie". Po chwili nie czekając na lekarza zabrała mnie na badanie ginekologiczne, aby sprawdzić rozwarcie. Jakież było nasze zdziwieni, gdy okazało się, że mam 8 cm rozwarcia. Położna kazała pędem dzwonić po męża, bo stwierdziła, że zaraz urodzę. Ja patrzyłam na nią z niedowierzaniem, bo wierzyć mi się nie chciało, ze przy takich skurczach i takim natężeniu bólu mam zaraz dziecko urodzić :) Po chwili Łukasz był już ze mną. Położna przebiła mi pęcherz, kilka skurczy partych i nasz Michaś był na świecie. Mały urodził się o 15.20. Podczas porodu nie byłam nacinana, jedynie śluzówka mi lekko pękła, więc założono mi kilka szwów. Nie zdążyłam się nawet zmęczyć samym porodem, więc bardzo szybko doszłam do siebie. Niestety gorzej było z Michasiem. Mały opił się wód płodowych, był 2 doby odsysany, do tego wdał się stan zapalny, wykryto u niego szmery na serduszku, a w trzeciej dobie dostał dość silnej żółtaczki. Swoje z nim w szpitalu przeżyłam, ale nie chcę o tym pamiętać. Najważniejsze, że szmery już ustały, ale w sobotę mamy kontrolną wizytę u kardiologa dziecięcego. Mały jest cudowny, wygląda zupełnie inaczej niż jego siostra... Hania bardzo dobrze przyjęła braciszka w domu, ciągle chce przy nim pomagać. Niestety gorzej zniosła nasze rozstanie. Przez pierwsze dni nie chciała mnie z oka spuścić, nawet na dwór nie wyszła, nie chciała jeść. Pomału wszystko wraca do normy, tylko straszny uparciuch się z niej zrobił. Ja w tej chwili walczę z przeogromnym uczuciem zmęczenia i sennością oraz moimi piersiami, które próbuję jakoś postawić do pionu (Mały chyba źle chwyta brodawkę i z tego powodu przy karmieniu odczuwam straszny dyskomfort). Próbuję różne techniki karmienia i mam nadzieję, że powoli wszystko się unormuje.
Zmykam do mojego Szkraba, bo zaczyna się budzić. Pozdrawiam cieplutko moje Kochane!